Film

Pompeje (2014)

Pompeje




Reżyseria: Paul W.S. Anderson
Tytuł: Pompeje
Oryginalny tytuł: Pompeii
Data premiery: 21 lutego 2014 (Polska) | 18 lutego 2014
(świat)
Czas trwania: 1 godz. 42 min.
Obsada: Kit
Harington, Emily Browning, Kiefer Sutherland, Adewale Akinnuoye-Agbaje,…

Pompeje.
Sama nazwa mówi za siebie. Większość wie, czym są i co się stało w 79 roku,
kiedy to doszło do erupcji wulkanu Wezuwiusz. Niebywałe pamiątki pozostały po
tym strasznym wydarzeniu. Ludzie przykryci popiołem, pozostający w pozycjach przed
ostatnim tchnieniem. Zabytki, rzeźby i samo miasto. Interesująca jest historia
tego miejsca, więc nie dziwię się, że różni twórcy sięgają po inspirujące
opowieści do swoich książek czy też filmów.
Pompeje to w głównej mierze film rozrywkowy. Ma
on na celu jedynie dostarczyć rozrywkę oglądającemu, a to dla panów znajdą się
walki gladiatorów, a znów dla pań wątek romantyczny. Muszę przyznać, że nie
byłam przekonana do tego filmu. Spodziewałam się nudnego seansu. Na szczęście
mile się zaskoczyłam i naprawdę nie żałuję, że nie zrezygnowałam z wycieczki, bo
był to naprawdę świetny film, a może odbieram go właśnie tak, dlatego, że oczekiwałam
niemałego rozczarowania.
Jak
to w filmach takiego typu bywa, nie ma tutaj wgłębianie się w portrety
psychologiczne bohaterów, które z pewnością by się przydały, bo historie ich
życia i piętno, jakie na nich odcisnęły ich przeżycia z pewnością byłyby
urozmaiceniem produkcji, w szczególności skupienie się na dwóch najciekawszych
postaciach, jakimi są z pewnością Milo (Kit Harington) oraz Accticus (Adewale
Akinnuoye-Agbaje). Gladiatorzy i ich przeszłość zasługiwali na bliższe
poznanie, jednak te wątki zostały potraktowane po macoszemu.
Emmanuel Kabongo, Adewale Akinnuoye-Agbaje,  Kit Harington
Jeśli
ktoś chce obejrzeć porządny rozlew krwi, na pewno nie znajdzie tego w Pompejach. Nastraszona przed seansem, że
będzie jej pełno już miałam w głowie „na co ja się zdecydowałam… po co ja na
ten film pojechałam”. Na szczęście nie doświadczymy na ekranie hektolitrów
krwi, a jeśli ktoś miał na nią nadzieje polecam w tym celu Spartakusa. Widziałam tylko jeden odcinek, a i tak nie wiadomo, jak
się na nim nie skupiałam, czasami tylko zaglądałam, co się dzieje na ekranie,
bo akurat miałam przyjemność siedzieć w towarzystwie, kogoś, kto po prostu nie
może obyć się bez obejrzenia nowego odcinka, i tam z pewnością dzieje się pod
tym względem o wiele, wiele więcej. Tym bardziej, że jest to serial, a więc
jest ku temu jeszcze więcej okazji. Zaś w filmie reżyserii Andersona było to
naprawdę dobrze wyważone, więc nie miałam chęci zakrycia oczu czy pojękiwań zniesmaczenia.
Zaś sceny walki zrobiły na mnie wrażenie. Znawcą nie jestem, ale okiem młodej
kobiety, która w filmach lubi czasami obejrzeć dobre dla niej sceny akcji, nieprzekraczających
pewnej bariery było na co popatrzeć.
Na
uwagę zasługują wcześniej już wymienieni Milo i Accticus, bowiem są postaciami,
które kryją w sobie najwięcej tajemnic, a także mają najbardziej barwną
przeszłość. Po przemyśleniu razi mnie trochę to, że tak szybko akcja
przeskakuje o kilkanaście lat, nie pokazując choćby w skrócie, co działo się z
głównym bohaterem przed tym, jak stał się gladiatorem. W pewnym sensie
zaskoczyła mnie Emily Browning, która zagrała jedną z najważniejszych ról. Nie
wiem czemu, ale po kilku filmach, które oglądałam z jej udziałem nadal nie mogę się do niej przekonać.
Nie
trzeba także obawiać się wcześniej wspomnianego wątku romantycznego, bowiem nie
jest on specjalnie wyartykułowany. Nie doświadczymy tutaj miłości rodem z Tytanica. W moim odczuciu uczucie to
było przedstawione na zasadzie ciągłego ukrywania się, uciekania i odnajdywania.
Z jednej strony jest to zrozumiałe i stworzyło namiastkę miłości, która
dojrzewa z czasem, choć już od pierwszych momentów zaczyna tworzyć się chemia
między dwoma osobami. Schemat ten jednak już jest zgoła oklepany – największe i
najsilniejsze uczucie między dwoma skrajnymi stanami społecznymi.
Mile
zaskoczyło mnie także samo zakończenie filmu. Spodziewałam się czegoś bardziej
przewidywalnego, co w jakiś sposób pewnie zepsułoby mi radość z seansu. Na
szczęście autorzy produkcji nie poszli w ścieżkę zwaną banałem, a to także
rzutuje na końcową ocenę. Nie mogę powiedzieć, że Pompeje są doskonałe i jedyne w swoim rodzaju. Nie mogę także
powiedzieć, że film nie mógłby być lepszy, za sprawą choćby lepszych portretów
psychologicznych. Mogę za to przyznać, że nie żałuję wydanych pieniędzy, bo
ekranizacja przyciąga uwagę widza już od samego początku. Nie jest to tylko
moje zdanie, ale większości moich rówieśników, którzy po wyjściu z kinowej sali
także stwierdzili, że seans był naprawdę dobry. Mogę także dodać, że nie
odmówię sobie kolejnego, ale już w zaciszu domowym. Teraz zaś zaczynam
poszukiwana dotyczące tego kawałka historii w literaturze, a także innych
produkcjach filmowych, bo ta rozbudziła moją ciekawość odnośnie 79 roku,
wybuchu Wezuwiusza i samego miasta w jego pobliżu.
Ocena: 7/10
  • Do kina raczej na to nie pójdę (nawet nie wiem czy jeszcze grają), bo ostatnio nie ma czasu na takie wypady, ale pewnie w przyszłości sięgnę po ten tytuł, bo jestem ciekawy 🙂

  • Nie lubię oglądać filmów katastroficznych, zwłaszcza produkcji amerykańskiej. Efekty specjalne zazwyczaj przytłaczają w nich wszystko inne.

  • O, Jon Snow 😀

    Kojarzę pewien dobry film o Pompejach, miał premierę już dość dawno, oglądałam go kiedyś w telewizji i pamiętam, że bardzo mi się podobał, ale niestety nie przypomnę sobie teraz tytułu 🙂

    Już prawie zapomniałam, jak bardzo lubię filmy katastroficzne 🙂 Nie mam pojęcia, skąd u mnie to zamiłowanie do oglądania, jak cały świat rozwala się na różne sposoby 😀

  • Uwielbiam takie filmy! :3
    Muszę obejrzeć ;D Juz zapisane 🙂
    Zapraszam w wolnej chwilce do mnie :3

  • Do kina też raczej się nie wybiorę, ale z pewnością (cichaczem) obejrzę ;D

  • Widziałam plakat i pomyślałam "O nieeee… co za g***o…", obejrzałam trailer – miałam takie same uczucia. Jednakże chciałam obejrzeć ten film dla Kita Haringtona. Niestety nie miałam czasu, żeby pójść do kina, a teraz już u mnie tego nie grają. Po Twojej recenzji mam ogromną chęć na "Pompeje" i na pewno sobie ich nie odpuszczę! 😉